- Raczej nie - uśmiechnął się delikatnie - Zaraz wezmą cię chyba jeszcze na jakieś badania
Nie czułam sie wcale tak źle. Ból już trochę złagodniał ale było mi strasznie słabo. Poczułam jak odlatuję, a przed moimi oczami nastała ciemność.
~~~
Gwałtownie otworzyłam oczy. Jasne światło raziło mnie, gdy rozglądałam się po sali. Leżałam na szpitalnym łóżku, obok stała aparatura, do której byłam podłączona. Cały pokój był jasno-biały i pusty, jeśli nie liczyć łóżka, na którym leżałam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegokolwiek, gdy drzwi do sali otworzyły się. Weszło dwóch lekarzy w białych kitlach, a za nimi kilku silnych pielęgniarzy. Dopiero zobaczyłam, że byłam przywiązana do łóżka rzemieniami, spróbowałam się uwolnić, wyczuwając zagrożenie. Jeden z lekarzy w sali, zauważając moją reakcje, uśmiechnął się chłodno.
- Na twoim miejscu, nie próbowałbym. Nawet jeśli jakimś sposobem uda ci się zerwać pasy, strażnicy od razu Cię obezwładnią
- Przeprowadziliśmy na tobie kilka badań, jednak to nie koniec - powiedział jeden lekarzy.
- Czego ode mnie chcecie? Zostałam postrzelona, chyba wystarczyło wyjęcie kuli i odkażenie czy cholera wie co - wycedziłam przez zęby.
- Tak było - mruknął - Jednak nikt tu nie jest głupi. Jesteśmy z ośrodka Eichen zajmującego się dziwnymi przypadkami, których w Beacon Hills bywa dość dużo. Gdy twoja rana prawie od razu zaczęła się zabliźniać.. - cmoknął - Pocisk zawierał tojad. Wilkołak byłby już martwy, więc.. czym ty jesteś? - przybliżył się, a ja splunęłam mu w twarz
- A czy twój kolega też nie jest człowiekiem?
- A spuścił ci ktoś kiedyś wpierdol? - zmrużyłam oczy
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
- Teraz złotko damy ci coś hm.. odprężającego - powiedział z miłym uśmiechem sięgając po strzykawkę.
Przybliżył ją do mojej szyi i wziął zamach.
Nie wytrzymałam, a z moich ust w jednym momencie wydobył się głośny krzyk, który w pewnej. chwili zamienił się w przeraźliwy pisk. Rozerwałam pasy, a szyby pod wpływem mojego głosu rozbiły się w drobny mak. Zerwałam się szybko z łóżka taranując wszystkich i wszystko co stanęło mi na drodze. Rzuciłam się do wyjścia. To szpital. To dalej zwykły szpital. Tylko... w piwnicy? Tak to bynajmniej wyglądało. Dobiegłam do schodów i udałam się biegiem na górę. Poczułam jak szwy w moim boku zaczynają pękać i ciepła krew powoli cieknie po moim biodrze i spływa na udo. Przycisnęłam mocno dłoń i starają się to ukryć bieglam po schodach. Po chwili byłam już na zwykłym szpitalnym korytarzu. Czy Theo dalej tu jest? Wcześniej leżałam na sali operacyjnej.. jaki to był numer? Kurwa Lydia myśl! 120! Odszukalam wzrokiem windę i szybko udałam sie do niej.
~~
Krew coraz bardziej i szybciej sączyła się z mojej rany, a ja poza uciskaniem jej nie mogłam nic zrobić. Pocisk zawierał tojad, praktycznie śmiertelny dla wilkołaków. Dla nas - upadłych aniołów jest bardzo szkodliwy, ale nie śmiertelny. Cały prawy bok mojej szpitalnej koszuli był zakrwawiony. Muszę przejść niezauważona, bo przecież ktoś mnie zatrzyma. Oby szybko ich nie znaleźli.. trzeba stad uciekać. Gdy winda zatrzymała się na jednym z pięter na końcu korytarza zauważyłam Theo.
- Theo - powiedziałam cicho wiedząc, że i tak mnie usłyszy
Chłopak gwałtownie odwrócił głowę i szybkim krokiem ruszył w stronę windy.
< Theo? >
578 słów - 130 Monet

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz