wtorek, 19 lipca 2016

Od Virága - CD Kerrian

Nim odpowiedział, Virág ponownie zmierzył dziewczynę badawczym spojrzeniem. 
Bez wątpienia nie można było odmówić jej urody, na której wampir na dłuższą, chociaż wciąż trwającą zaledwie ułamki sekund chwilę zawiesił oko, nim zganił się w myślach, przypominając sobie, że nie taki był cel tego przyglądania się. Wyglądała na maksymalnie dziewiętnaście lat, chociaż równie dobrze mogła liczyć sobie lata już w setkach i właśnie przyszła porozmawiać z dyrekcją o swoim wnuczku, który w tym roku zaczął tutaj edukację. O tak, w tej szkole wszystko było możliwe.
Istotny Virágowi wydał się także fakt, że albo była mistrzynią maskowania się przed wampirzym węchem, albo zwyczajnie nie płynęła w niej krew. Ku zawodowi pragnienia, które od kilku godzin zaczynało go męczyć coraz mocniej, ale i uldze rozsądku nie wyczuwał w niej nic interesującego. Nie żeby miał w zwyczaju rzucać się na obcych.
- Niestety nie jestem pewien, gdzie obecnie podziewa się nasz ukochany dyrektor - odpowiedział w końcu z przesadnym namysłem, udając, że intensywnie się zastanawia. Potem uśmiechnął się, widząc speszenie dziewczyny. - Na szczęście sekretariat jest na tyle wielkoduszny, że nie ma w zwyczaju zbyt często ruszać się z miejsca. Jak sądzę, wciąż znajduje się na drugim piętrze, na prawo od schodów.
- Właściwie możemy przejść się tam razem, jeśli masz ochotę - dodał po chwili, zaglądając od niechcenia do wypchanej po brzegi szarej teczki, którą trzymał. - Zdaje się, że ja też mam tam coś do załatwienia.

<Kerrian?>

sobota, 16 lipca 2016

od Penki - CD Viraga

Przez twarz Penki przemknął uśmiech, gdy kobieta usłyszała pytanie wampira, zapewne czysto retoryczne swoją drogą. Znów zamknęła oczy, na powrót wystawiając twarz w stronę słońca, jakby pragnęła nacieszyć się jego ciepłymi, przyjemnie grzejącymi skórę promieniami dopóki jeszcze ma na to trochę czasu.
- Mogłam się tego domyślić, ty interesowna krwiopijcza bestio - mruknęła, mając cichą nadzieję iż Virag wie, że krwiopijcza bestia była tylko niewinnym przyjacielskim żartem, podobnie jak wszystko, co dodała chwilę później. - Nie mam już chyba wyboru, prawda? Trochę głupio się wycofywać w ostatnim momencie, nawet jeśli nikt nie powiedział mi że w ogóle mam gdzieś jechać. Masz szczęście że jestem dziś zbyt zmęczona żeby się na ciebie gniewać, nasz ty szkolny Drakulo.
Przez chwilę siedzieli w ciszy, ramię w ramię, czekając na dzwonek oznajmiający koniec tak upragnionej od samego ranka półgodzinnej chwili wytchnienia, pozwalającej wreszcie odpocząć od wrzeszczących, nieposłusznych i niezdolnych do słuchania nikogo uczniów. Penka była pewna jak niczego innego w życiu, że ów przerwa była swego rodzaju darem od jakichkolwiek istniejących niebios i że każdemu z nich, nadwyrężających swe siły w akademii nauczycieli, się ona należała. I to jak przysłowiowemu psu miska.
- A tak swoją drogą - odezwała się znów po tych paru momentach milczenia, przekrzywiając lekko głowę i jednym okiem zerkając na Viraga. - Wspominałeś że kiedy dokładnie jest ta wycieczka? I nad którą klasą będziemy się znęcać?


<Masz tego posta, nawet dłuższy wyszedł niż myślałam.>

234 słowa + 60 monet

Od Kerrian cd. Virag

Wreszcie udało mi się dotrzeć do szkoły, którą prawie tydzień temu dostrzegłam w wizji. Nie miałam pojęcia po co tu właściwie jestem i co powinnam zrobić, dlatego czułam się zagubiona. Przez dobre dziesięć minut zastanawiałam się czy powinnam wejść do środka, czy może rozejrzeć się na zewnątrz... Po chwili rozległ się głośny dźwięk dzwonka, a zaraz po tym ryk osób wybiegających z klas. Aż się wzdrygnęłam. Nim się obejrzałam a już obok mnie  przebiegali szczęśliwi z końca lekcji uczniowie. Przypomniałam sobie jak jeszcze niedawno sama chodziłam do szkoły i zdałam sobie sprawę z tego, że też powinnam się uczyć. Wiedziona impulsem chciałam złapać jakąś osobę, być może udałoby mi się kształcić tutaj. Właśnie pomyślałam, że naprawdę brakowało mi nauki. Bez niej było tak nudno i nie było co robić. Nim zdążyłam się rozejrzeć, zauważyłam, że plac szkolny jest już całkiem pusty. Jak uczniowie potrafią szybko uciekać, westchnęłam w myślach.
Z wampirzą prędkością podeszłam do wielkich drzwi akademii i pchnęłam ciężki kawał drewna do środka. Otworzyły się na całą szerokość ukazując ciemny holl z kamienną posadzką. Postąpiłam kilka kroków do przodu i powoli zamknęłam drzwi. W środku panował przyjemny chłód i wyjątkowy spokój. Cisza, jakiej zazwyczaj nie spotyka się w takich miejscach. Nie, kiedy grasują po nich dzikie hordy uczniów.  Dlatego doszłam do wniosku, że ci, którzy przed chwilą opuścili budynek, byli zapewne ostatnimi. Cóż, pozostała mi jeszcze nadzieja, że sama natknę się na kogoś z administracji.
Ruszyłam korytarzem wgłąb instytucji, co raz zaglądając do klas, których drzwi były otwarte. Żadnej żywej duszy. Towarzyszył mi jedynie irytujący stukot moich skórzanych butów na niskim obcasie, który roznosił się po otoczeniu echem. Gdy wyszłam na pierwsze piętro wreszcie kogokolwiek dostrzegłam. Był to złotowłosy osobnik płci męskiej. Gdy ruszyłam w jego stronę, on odwrócił swoją twarz w moim kierunku. Dopiero teraz dostrzegłam, że w rzeczywistości jest to młody mężczyzna. Pod jego uważnym spojrzeniem, które kierował w moją osobę, poczułam się speszona.
Zatrzymałam się kilka kroków przed nim. Chrząknęłam dosyć nieśmiało, spuszczając wzrok gdzieś na podłogę.
- Przepraszam, szukam dyrektora. Albo chociaż sekretariatu - zwróciłam na niego moje spojrzenie.

< Virag?  >

piątek, 15 lipca 2016

OGŁOSZENIA!!

Od tej pory formularze przesyłamy do przywódcy stad:
np. jeśli chcesz dołączyć jako wilkołak wysyłasz formularz do Deucaliona (czyli w howrse: nana100)
chcąc dołączyć do wampirów wysyłasz formularz do Klaudiusza (czyli w howrse: frania099)
itd.

Jednak, jeśli w twoim "stadzie" nie ma przywódcy jesteś zmuszony przesłać formularz do nana100

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Od Lydii cd. Theo

- Nie można ich zatrzymać.. będą walczyć, nie odpuszczą łatwo. Zależy im tylko i wyłącznie na banshee. Rzadko mają do czynienia z takimi mocami
- Spokojnie. Nic ci się nie stanie - zaczął mnie uspokajać
- Nie możemy tu zostać, a... dzisiaj jest pełnia... lepiej idź stąd, poradzę sobie, naprawdę
- Dobrze radzę sobie z pełnią - wzruszył ramionami
Widziałam, że to nie prawda. W szpitalu ciągle wbijał pazury w wewnętrzna część dłoni tak mocno, aż zaczynał krwawić.
- Wychodzimy - zarządził i popchnął mnie w stronę drzwi
- Ale dokąd? Nie możesz wyjść do ludzi, jakbyś stracił kontrolę..
- To wtedy mnie uspokoisz - zaśmiał się
- Nie specjalizuje się w uspokajaniu wilkołaków podczas pełni - wywróciłam oczami
- Nic trudnego - zaśmiał się - Bynajmniej dla Banshee
- Zabawne - mruknęłam pod nosem i wywróciłam oczami 
- Dobra, lepiej serio stąd chodźmy. Trzeba znaleźć bezpieczne miejsce - powiedział i potarł dłonią kark 
- Doktorzy z Eichen teoretycznie są ludźmi, ale w praktyce nie przekraczają bariery z popiołu górskiego
- Skąd o tym wiesz? - zmarszczył brwi
- Od dłuższego czasu słyszałam o różnych eksperymentach na rzadkich gatunkach. Stiles  zdobywał informacje, a Parrish starał się ich pilnować. 
- Czekaj, czekaj! Widziałaś, że grozi ci niebezpieczeństwo i nic z tym nie zrobiłaś? 
- Potrafię się bronić - powiedziałam pewnie
- Udowodnij - uśmiechnął się
- Chcesz żebym ci to udowodniła? Nie ma sprawy - mruknęłam - Ale najpierw chyba powinniśmy się stąd wynosić
<Theo?>

Od Lydii Cd. Theo

- Musimy stąd iść - powiedziałam chcąc się podnieść do pozycji siedzącej
Poczułam jak szwy w moim boku zaczęły strasznie rwać i musiałam zaprzestać prób podniesienia się.
- To chyba nie najlepszy pomysł, nie możesz wyjść w takim stanie - skrzywił się
- To był tylko postrzał, zregeneruje się - wywróciłam oczami bagatelizując sprawę
- Dobra, a tojad w kuli? - uniósł brwi
- Z tym też sobie poradzę. Gorzej będzie jak zabiorą mnie do Eichen - wzdrygnęłam się na samą myśl
- Eichen?
- Dom Echa, były szpital wojskowy, aktualnie psychiatryk. W podziemiach mają "oddział" dla istot nadnaturalnych. Mało kto o tym wie, nie mówi się o tym, ale to oni mnie dziś badali. Na pewno kogoś juz tu wezwali, a ja nie mam zamiaru na nich czekać
Podwinęłam koszulę by sprawdzić moją ranę. Powiedziałabym, że goi się dość ładnie gdyby nie fakt, że sączy się z niej czarna krew.
- Kurwa - jęknęłam - Ani ja, ani ty nie możemy tu dłużej zostać
Chłopak wyciągnął do mnie rękę, a ja wahając się chwilę złapałam ją. Ból w boku zaczął ustępować i przyniósł wielką ulgę. Theo skrzywił się delikatnie, nie chcąc pokazać żadnej słabości i wszystko było już dobrze. Znajdując w pomieszczeniu kilka niezbędnych przedmiotów zdjęłam szwy. Zaczęłam przeszukiwać moja torebkę, która stała obok łóżka. Nie było w niej nic co mogłabym ubrać. Spodnie i zakrwawiony sweter. Naciągnęłam dolną część garderoby i zostałam jeszcze w poplamionej krwią koszuli szpitalnej. Przecież nie mogę tak wyjść, nie będzie to hm.. normalne?
- Theo.. nie chciałbyś szybko skoczyć do mojego mieszkania? Nie mam co ubrać, a w tym przecież nie wyjdę - zmarszczyłam brwi
Theo wywrócił oczami i wyciągnął rękę po klucz. W tym momencie gdy moja dłoń zerknęła się z jego zobaczyłam TO. "Lekarzy" z Eichen w moim mieszkaniu.
- Nie możesz tam iść. Oni już tam są..
<Theo?>


308 słów +85monet

Od Theo Cd. Lydii

Natychmiastowo zdjęłam bluzę i podałem ją Lydii. Zostałem w samej podkoszulce. Dziewczyna włożyła moją bluzę, nie ukrywam -wyglądała słodko.
Uśmiechnąłem się do siebie
-To co.. Idziemy?-spytałem w dalszym ciągu się uśmiechając
-Dobra, ale nie szczerz już się tak -powiedziała
Wyruszyliśmy i od razu udaliśmy się do windy. Bez problemu wyszliśmy ze szpitala.
Udaliśmy się do opuszczonego budynku w stanie remontu. Nikt tutaj nie zagląda, więc wątpie, że tutaj ktokolwiek by nas szukał.
-Rozgość się-zaśmiałem się wskazując jedyną kanapę na ok. 100 m 2 budynku
Stała na samym środku. Lydia usiadła.
-Jesteś głodna? -spytałem po usłyszeniu cichego burczenia
-Jak cholera - usłyszałem znaczącą odpowiedź
-Nigdzie się stąd nie ruszaj -uśmiechnąłem się i wyszedłem
Po kilku minutach już z jedzeniem wracałem do Lydii, upewniłem się, że nikt za mną nie idzie, ani mnie nie obserwuje. Wślizgnąłem się niepostrzeżenie do opuszczonego budynku, ale gdy doszedłem do "naszej" kanapy, Lydii tam nie było.
-Lydia!!-krzyknąłem i spróbowałem złapać jej trop, co szybko mi się udało
Przebiegnąłem przez cały budynek, dopiero na końcu, w najmniejszym pokoiku stała Lydia, wpatrywała się w pustą przestrzeń.
Dopiero po chwili dostrzegłem niebieski kwiat w jej dłoni..
-Lydia co się dzieje?-spytałem
Usłyszałem tylko ciche
-Już wiedzą gdzie jesteśmy.. znajdą nas... lekarze z eichen.. oni nas znajdą..

<Lydia?>


206 słów +60 monet

sobota, 18 czerwca 2016

Od Theo Cd. Lydii

Gdy Lydia zamknęła oczy przyszło dwóch lekarzy. Powiedzieli, że środek nasenny zaczyna działać. Ich tętno ani na sekundę nie przyśpieszyło. Powiedzieli, że muszą znów zabrać ją na blok operacyjny, nie zrozumiałem wtedy dlaczego, ale co ja mogę. Lydii nie było przez ok. 5 godzin. Czułem się zrezygnowany. Krążyłem po korytarzu jak śmierć. Ludzie patrzyli na mnie dziwnym wzrokiem, no trudno. Wciąż czekałem. Gdy nagle zacząłem słyszeć krzyk. Wiedziałem od razu, że to Lydia. Jednakże dźwięk pochodził zewsząd. Nie mogłem odkryć miejsca z którego się wydobywał dokładnie. Pozostało mi czekanie, czego nie mogłem wytrzymać. Z każdą sekundą krzyk był głośniejszy. Poczułem krew, leciała ciurkiem z moichoczu. Na szczęście już po kilku sekundach byłem uzdrowiony. Znów poczułem krew, tym razem nie była ona moja.. Gwałtownie odwróciłem się w stronę windy. Gdy zobaczyłem Lydię natychmiastowo do niej podszedłem. W ostatniej chwili ją złapałem i uchroniłem od upadku.
-Co się stało?-spytałem wystraszony
Zobaczyłem jej ranę, była jeszcze większa niż przed szyciem
Usłyszałem tylko ciche
-dom echa
Wtedy jeszcze tego nie zrozumiałem
Lydia zemdlała w moich ramionach.
Zaniosłem ją na salę operacyjną. Byłem wkurwiony zachowaniem lekarzy. Wciąż nie wiedziałem, co to wszystko ma znaczyć. Chyba robili na niej jakieś badania. Ale puki co nie wiem nic...
-Zróbcie coś!-ryknąłem na lekarzy, którzy byli zdziwieni tym, że przyniosłem do nich pacjentkę
W sumie fakt. To zazwyczaj pielęgniarki/pielęgniarze zabierają pacjenta na sale, niestety tutaj na nikogo nie można liczyć.
Czekała mnie kolejna mordęga..godzina nicnierobienia. Nienawidzę tego stanu, gdy coś się dzieje, a ja jestem zupełnie bezradny...
Gdy skończyli ponownie zaszywać Lydię, wróciła do swojego szpitalnego pokoju. Było już późno.
Minęło kolejne pół godziny nim Lydia się wybudziła. Nie odstępywałem jej łóżka na krok. Momentami czułem narastający gniew i chęć przemiany, którą "ugaszałem" bólem. Pode mną była struga krwi, która co kilka minut się zwiększała, pod wpływem wbijanych pazurów w moje dłonie.
-Dziś pełnia..-usłyszałem cichy głos
Zauważyłem, że Lydia patrzy w moim kierunku
-Tak... -odpowiedziałem i wziąłem głęboki oddech -..dobrze, że już się wybudziłaś. Nie wytrzymałbym dłużej -uśmiechnąłem się

<Lydia? >

332 słowa +85 monet

piątek, 17 czerwca 2016

Od Lydii cd. Theo

- Wszystko w porządku - odparłam i lekko skrzywiła się z bólu - Mogę już stąd wyjść?
- Raczej nie - uśmiechnął się delikatnie - Zaraz wezmą cię chyba jeszcze na jakieś badania
Nie czułam sie wcale tak źle. Ból już trochę złagodniał ale było mi strasznie słabo. Poczułam jak odlatuję, a przed moimi oczami nastała ciemność.
~~~
Gwałtownie otworzyłam oczy. Jasne światło raziło mnie, gdy rozglądałam się po sali. Leżałam na szpitalnym łóżku, obok stała aparatura, do której byłam podłączona. Cały pokój był jasno-biały i pusty, jeśli nie liczyć łóżka, na którym leżałam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegokolwiek, gdy drzwi do sali otworzyły się. Weszło dwóch lekarzy w białych kitlach, a za nimi kilku silnych pielęgniarzy. Dopiero zobaczyłam, że byłam przywiązana do łóżka rzemieniami, spróbowałam się uwolnić, wyczuwając zagrożenie. Jeden z lekarzy w sali, zauważając moją reakcje, uśmiechnął się chłodno.
- Na twoim miejscu, nie próbowałbym. Nawet jeśli jakimś sposobem uda ci się zerwać pasy, strażnicy od razu Cię obezwładnią
Miałam ochotę krzyczeć, tak żeby ci wszyscy pojebańcy stracili słuch, jednak jest ale. Co wtedy? Nie wiem jak stąd uciec, ale przecież nie będę czekać. Nawet nie mam pojęcia gdzie jestem, czy to dalej zwykły szpital?
- Przeprowadziliśmy na tobie kilka badań, jednak to nie koniec - powiedział jeden lekarzy.
- Czego ode mnie chcecie? Zostałam postrzelona, chyba wystarczyło wyjęcie kuli i odkażenie czy cholera wie co - wycedziłam przez zęby.
- Tak było - mruknął - Jednak nikt tu nie jest głupi. Jesteśmy z ośrodka Eichen zajmującego się dziwnymi przypadkami, których w Beacon Hills bywa dość dużo. Gdy twoja rana prawie od razu zaczęła się zabliźniać.. - cmoknął - Pocisk zawierał tojad. Wilkołak byłby już martwy, więc.. czym ty jesteś? - przybliżył się, a ja splunęłam mu w twarz
- A czy twój kolega też nie jest człowiekiem?
- A spuścił ci ktoś kiedyś wpierdol? - zmrużyłam oczy
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem.
- Teraz złotko damy ci coś hm.. odprężającego - powiedział z miłym uśmiechem sięgając po strzykawkę.
Przybliżył ją do mojej szyi  i wziął zamach.
Nie wytrzymałam, a z moich ust  w jednym momencie wydobył się głośny krzyk, który w pewnej. chwili zamienił się w przeraźliwy pisk. Rozerwałam pasy, a szyby pod wpływem mojego głosu rozbiły się w drobny mak. Zerwałam się szybko z łóżka taranując wszystkich i wszystko co stanęło mi na drodze. Rzuciłam się do wyjścia. To szpital. To dalej zwykły szpital. Tylko... w piwnicy? Tak to bynajmniej wyglądało. Dobiegłam do schodów i udałam się biegiem na górę. Poczułam jak szwy w moim boku zaczynają pękać i ciepła krew powoli  cieknie po moim biodrze i spływa na udo. Przycisnęłam mocno dłoń i starają się to ukryć bieglam po schodach. Po chwili byłam już na zwykłym szpitalnym korytarzu. Czy Theo dalej tu jest? Wcześniej leżałam na sali operacyjnej.. jaki to był numer? Kurwa Lydia myśl! 120! Odszukalam wzrokiem windę i szybko udałam sie do niej.
~~
Krew coraz bardziej i szybciej sączyła się z mojej rany, a ja poza uciskaniem jej nie mogłam nic zrobić. Pocisk zawierał tojad, praktycznie śmiertelny dla wilkołaków. Dla nas - upadłych aniołów jest bardzo szkodliwy, ale nie śmiertelny. Cały prawy bok mojej szpitalnej koszuli był zakrwawiony. Muszę przejść niezauważona, bo przecież ktoś mnie zatrzyma. Oby szybko ich nie znaleźli.. trzeba stad uciekać. Gdy winda zatrzymała się na jednym z pięter na końcu korytarza zauważyłam Theo.
- Theo - powiedziałam cicho wiedząc, że i tak mnie usłyszy
Chłopak gwałtownie odwrócił głowę i szybkim krokiem ruszył w stronę windy.

< Theo? >

578 słów - 130 Monet

Od Theo cd. Lydi

Gdy tylko usłyszałem krzyk Lydii odwróciłem się i szybko spróbowałem ją złapać. Osunęła się na ziemię... Zlecialo się mnóstwo "ludzi".. Nie zwlekając zciągnąłem pasek (od spodni) i zrobiłem dziewczynie opaskę uciskową.
-Niech ktoś wezwie karetkę!!- ryknąłem na pozostałych, bo bezsensownie stali jak słupy soli. Kilka osób wyciągnęło telefony, ale tylko Allison udało się dodzwonić. Karetka przyjechała z zawrotną prędkością. Wszyscy zostali rozgonieni po klasach przez nauczycieli, ale ja nie mogłem jej zostawić, nie w takiej chwili. Wsiadłem z nią do karetki. Przez okno karetki widziałem tylko patrzącego Stilesa i roztrzęsioną All. Dojechaliśmy do szpitala. Szybka akcja. Lydia trafiła na blok operacyjny. Musieli ją szyć. Wiedziałem, że czuje rosnący ból. Wziąłem jeh dłoń i dałem jej ulgę (odebrałem ból) przez pewien czas była jeszcze pod wpływem wielokrotnych znieczuleń. W strzale był tojad. Wnioskuję, że ktoś chciał mnie zabić... Nagle Lydia, powoli zaczęła odzyskiwać świadomość.
-Lydia. Lydia, słyszysz mnie?!

<Lydia?>

148 słów - 45 monet

sobota, 11 czerwca 2016

Od Virága

- Tak więc kluczem do przetrwania w świecie do tego stopnia zdominowanym przez istoty ludzkie - ciągnął Virág z zaangażowaniem niegodnym tego arcynudnego tematu, po raz kolejny przemierzając spacerowym krokiem odległość dzielącą tablicę od przeciwległej do niej ściany - jest nie tylko inteligentny kamuflarz, lecz także umiejętne zacieranie śladów.
Przystanął i przebiegł spojrzeniem po wpatrzonych w niego twarzach, na których w większości malowało się źle ukrywane znudzenie. Zrobił kilka kolejnych kroków, tym razem poruszając się bezszelestnie, i zatrzymał się przy ostatniej ławce pod oknem.
- Nie śpij, O'Malley - mruknął, stając nad jednym z uczniów i szturchając go w rękę, na której ten oparł głowę. Łokieć uślizgnął na blacie ławki i gdyby chłopak faktycznie spał, a nie tylko podpierał się z przymkniętymi oczyma, jak nic zaryłby czołem w leżącą przed nim książkę. Ku niezadowoleniu Virága skończyło się jednak jedynie na tym, że młody animag poderwał się gwałtownie i nagle usiadł prosto jak struna, rzucając mu pełne wyrzutu spojrzenie.
Rozległy się ciche, stłumione chichoty.
- Wracając do tematu...mam nadzieję, że mi tu już nikt nie uśnie, jeszcze 10 minut, na kartkówkę jak znalazł...wracając do tematu, jak już wiecie, egzystencja każdego z nas, tak zwanych istot nadnaturalnych, jak i każdej innej istoty żywej, związana jest z pozostawianiem jakichś właściwych nam śladów. Cokolwiek by to nie było: łuski na wycieraczce, sierść w kranie, jakieś bełty i inne kusze, czy zakrwawione kołnierzyki - uśmiechnął się i odczekał chwilę, ponownie rozglądając się po klasie. Tym razem nie dostrzegł nikogo, kto wydawał się nie uważać - najwyraźniej wizja kartkówki zrobiła swoje. - Dlatego też, nim przejdziemy do praktyki, musimy powiedzieć sobie, czym dokładnie dla kogo są te ślady - kontynuował po pełnej zaspanego dramatyzmu pauzie. Zatrzymał się pod tablicą i wziął kredę do ręki, przyglądając się jej od niechcenia. - No, to jako że w tej klasie nie ma ani żadnego młodego nosferatu, którego mogłoby to jakoś szczególnie zainteresować, ani też demokracji, zacznijmy sobie od wampirów.
Do końca lekcji rozrysowywał na tablicy mapę myśli, która miała ułatwić rozróżnianie śladów typowo wampirzych od tych, które mogły być również ludzkie. Koniec tej wyjątkowo długiej godziny lekcyjnej z ulgą przyjęli zarówno uczniowie, jak i sam Virág. Wampir dawno nie cieszył się tak ze skończenia pracy. I dawno nie był tak zmęczony. To był wyjątkowo długi dzień...
Właśnie zamykał salę, gdy z lewej strony korytarza usłyszał czyjeś kroki.

<Ktoś coś? C:>

391 słów +100 monet

piątek, 10 czerwca 2016

Od Virága Cd. Penki

- Pewno coś ciekawego. - Virág uśmiechnął się i usiadł obok kobiety, o cal lub dwa przekraczając odległość, która z reguły pozwala siedzącym zachować przestrzeń osobistą w stanie nienaruszonym. - Jeśli chcesz wiedzieć, co dokładnie, zapytaj jakiegoś wampira, który nie spędził całego dnia w sali lekcyjnej, użerając się z kolejnymi stadami małpiatek nieposiadających w sobie krzty finezji - dodał i westchnął teatralnie, odchylając głowę do tyłu zupełnie tak, jakby nagle postanowił przyprawić swoją bladą cerę o odrobinę egzotycznego brązu. Zaraz jednak zmrużył oczy i odwrócił twarz od zdecydowanie zbyt ostrego - przynajmniej według jego kryteriów - czerwcowego słońca, krzywiąc się nieznacznie. Może i podania na temat wampirów znacznie przesadzały w kwestii ich nadwrażliwości na światło słoneczne, lecz wciąż jednak pozostawało w nich całkiem przyzwoitych rozmiarów ziarnko, a właściwie ziarno prawdy. Tak samo jak czosnek czy woda święcona, słońce w rzeczywistości również okazywało się być mniej skuteczne, niż ponoć być powinno. Nie żeby Virágowi jakoś szczególnie to przeszkadzało - wręcz przeciwnie, przesiadywanie całymi dniami w ciemnych, wilgotnych kryptach to ostatnie, na co miałby ochotę.
Wampir spojrzał z ukosa na przyglądającą mu się z rozbawieniem Penkę i na jego twarzy ponownie zagościł szeroki, pełen tego właściwego mu, specyficznego rodzaju samozadowolenia uśmiech.
- No, ale do rzeczy - powiedział, nim kobieta ponownie się odezwała. - Wrobiono mnie kilka dni temu w organizowanie wycieczki dla pierwszoroczniaków. Muzeum historii naturalnej i te sprawy, rozumiesz. - Pokręcił głową, nie kryjąc rozbawienia. - Nie wiem czy podczas twoich morderczych treningów mieli siły i odwagę ci się pochwalić, że gdzieś jadą. W każdym razie potrzebowałem drugiego opiekuna. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że wpisałem na listę ciebie?

<Oczywiście że nie, prawda?>

276 słów +85 monet

czwartek, 9 czerwca 2016

Od Deucaliona Cd. Penki

Uśmiechnąłem się pod nosem, choć wcale nie było mi do śmiechu.
-Może i piękny. Ale chyba nie tylko my tak twierdzimy-powiedziałem, po czym zadarłem głowę w stronę lasu z którego wydobywała się dość głośna muzyka. 
-Przypominają się stare czasy-powiedziałem po czym strzeliłem karkiem (nie dosłownie, to przenośnia)
-Fakt.-powiedziała Penki, choć sam śmiem twierdzić, że jeszcze niedawno ona sama się tak bawiła i wykradała z poza akademickich murów. 
-No cóż.. Widzę, że idziesz na przebieżkę.-powiedziałem, na co panna tylko skinęła głową
-Mam nadzieję, że nie obrazisz się, jeśli Ci potowarzyszę-powiedziałem a na mojej twarzy pojawił się lekko szyderczy uśmiech
Kobieta ruszyła truchcikiem, ja dotrzymywałem jej tępa szybszym krokiem. Z każdą minutą robiło się ciemniej... Bardziej mrocznie.. Tak. Mrok to zdecydowanie coś co kocham, czasem myślę, że powodem tych zjawisk (pogodowych [duże zachmurzenie i te sprawy]) jestem ja sam..
Im bliżej byliśmy lasu, tym lepiej słyszalna była muzyka. Bez problemu rozróżniłem ją (muzykę) od głosów naszych "kochanych" uczniów. Weszliśmy w strefę mrocznej części lasu, a w tym samym momencie naszła mnie dziecinna myśl
-Może by ich tak postraszyć? -mruknąłem
Panna Penki potraktowała to pół żartem, pół serio. Szczerze powiedziawszy..nie było mi zbytnio do śmiechu, ale patrzeć jak dzieciaki uciekają w popłochu to radość dla moich przekrwionych, zmęczonych oczu. Przymknąłem oczy, biorąc przy tym głęboki oddech. Gdy je otworzyłem, przyjąłem postać gigantycznego, zmutowanego wilka. Pewnie, gdybym zobaczył się teraz w lustrze, to sam bym się siebie wystraszył. Najpierw czmychnąłem niezauważenie w krzaki, kolejno powoli wyłaniając się z tafli cienia. Pierwszy zauważył jak mniemam Stiles? Jeden z łowców, tak..to zdecydowanie on. Wszędzie poznałbym tę twarzyczkę z rysami typowymi dla Stiliński'ego. Zawarczałem pokazując przy tym zęby, chłopak chciał wyciągnąć coś ala kusza, choć wątpię, że zraniłby mnie drewnianymi badylami(?), bo nie wiem jak inaczej miałbym to nazwać.
W tym momencie dałem sygnał dla Panny Penki, która natychmiastowo wbiegła i zarządziła "ewakuację" z tego miejsca. Gdy "tłum, który tworzyło nie więcej niż 6 osób uciekł w popłochu, ja dogasiłem ognisko i przybrałem moją naturalną, choć może poprostu ludzką postać.
Bez trudu dogoniłem Penki, która zwolniła, gdy tylko zobaczyła, że "dzieciaki" wybiegły z lasu.
-Nie musisz nic mówić-rzekłem i zaśmiałem się po czym wsunąłem na nos okulary uprzednio podniesione i otrzepnięte ze ściółki. Odwróciłem się w stronę Penki.
-Idziemy?

<Penki?>


373 słowa +85 monet

Od Lydii Cd. Theo

- W porządku.. - odparłam zmieszana - Nic się nie stało - uśmiechnęłam się delikatnie i odeszłm w drugą stronę
Dzisiaj coś było nie tak jak powinno. Czułam się.. dziwnie? Tak, to chyba dobre słowo. Miałam ochotę krzyczeć, drzeć się i jednocześnie zniszczyć wszystko dookoła. Potrzebowałam pomocy, a znałam tylko jedną osobną, która mogła mi jej udzielić.
Skierowałam się w stronę toalet i po chwili byłam już zamknięta w jednej z nich. Dopiero w tej ciszy usłyszałam, że nie jestem tu sama. Teoretycznie żadnej żywej duszy tu nie było, jednak ja słyszałam. Słyszałam cudze szepty. Wyjęłam telefon i szybko wybrałam numer Damona, gdy już po jednym sygnale usłyszałam jego głos
- Co jest?
- Dziwnie się czuję.. ja.. ja nie dam rady. Zabierz mnie do domu, proszę - jęknęłam - Mam złe przeczucie..
- Opowiedz mi dokładnie co się dzieje - powiedział opanowanym głosem
- Mam ochotę coś zniszczyć! - wyrzuciłam to z siebie - Chcę krzyczeć, widzieć ból, cierpienie, chcę tej przeklętej ciszy, by usłyszeć głosy!
- Spokojnie. To pewnie zespół napięcia przedmiesiączkowego - odparł dość poważnie jednak czułam, że ledwo powstrzymuje śmiech
- Zabawne - mruknęłam
- To pewnie przez stres, dasz sobie radę. Postaram się być w pobliżu. Trzymaj się młoda - rozłączył się
Dwoma palcami zaczęłam rozmasowywać swoje skronie mając nadzieję, że głosy sobie odpuszczą. Z moich prób wyrwał mnie najbardziej przerażający ( zaraz po moim krzyku ) dźwięk na świecie - dzwonek. Wyszłam z toalety chcąc już się uspokoić, gdy nadszedł jeszcze jeden dzwonek, który w naszej szkole oznaczał apel.
Wszyscy tłumnie udali się na salę, a głosy w mojej głowie stawały się coraz bardziej natarczywe. Przechodząc przez drzwi otarłam się o czyjeś ramię, przypadkiem dotknęłam jego dłoni i ujrzałam to. Strzał. Krew. Panikę. Wycie. Ktoś tu jest. Ktoś chce śmierci jednego z nas. Nie wiem kto jest celem. Nie dam rady go obronić.
- Proszę o spokój! - zawołała dyrektorka
Na całej sali nastała cisza, zakłócana tylko w mojej głowie. Powoli traciłam kontakt ze światem zewnętrznym.
Idź krok do przodu - usłyszałam szept tak realny, jakby wypowiedziała go osoba stojąca obok
Zazwyczaj nie rozumiem co do mnie mówią, znają wiele języków, a... Boże przecież nawet nie wiem kim są głosy! Wykonałam ich polecenie i zaraz usłyszałam dalsze instrukcje. "krok w lewo", "nie odwracaj się", "uratujesz", "do przodu","stój".
Wtedy to się stało.
Czułam piorunujący ból zaczynający się w moim boku i rozchodzący się coraz dalej. Zanim utraciłam przytomność zdążyłam zobaczyć kogo ochroniłam... za mną stał Theo Raeken


< Theo? > 

 416 słów +100 monet

od Penki

Penka nie przepadała za wczesnym wstawaniem, w szczególności jeśli miała wstać wcześnie w weekend. Sobota do spółki z niedzielą i piątkowym popołudniem były jej bardzo prywatnym i bardzo dobrze chronionym czasem, w którym wreszcie mogła poświęcić trochę uwagi samej sobie, a nie drącej się i przewracającej z hukiem na ziemię zgrai uczniów z Akademii, których miała za zadanie nauczyć subtelnej sztuki ataków i uników.
- Uczyć tę bandę walczyć to jak próbować przekonać lwa do przejścia na wegetarianizm. Niemożliwe, luyno, po prostu niemożliwe - burczała pod nosem po jednej z wyjątkowo długich i jeszcze bardziej męczących sesji pozorowanej walki z jednym z młodszych roczników, próbując zamknąć biodrem drzwi do swojego apartamentu i jednocześnie nie przewrócić się na skutek przeważenia przez zarzuconą na ramię torbę z ciężkim sprzętem ćwiczeniowym. - Nie jestem cudotwórcą, nie nauczę tresowanych małp władać poprawnie bronią obusieczną!
Schrodinger wybiegł z sypialni i natychmiast zaczął łasić się do nóg swojej pani, głośnym miauczeniem dopominając się uwagi i jedzenia. Kobieta odsunęła go delikatnie butem, obiecując solennie, że zaraz dostanie swoją porcję kurczaka, po czym skopawszy ze stóp czarne adidasy ruszyła w stronę kuchni połączonej z salonem. Ciężka torba wylądowała z donośnym "pac" na podłodze obok kanapy, kot dostał swoje jedzenie i zalęgł się przy stojącej w rogu miseczce, a Penka wyciągnęła z lodówki resztkę wczorajszego spaghetti i przez następne dwie minuty obserwowała z uwagą, jak talerz z makaronem ubadzianym w sosie pomidorowym obraca się leniwie za przezroczystymi drzwiczkami mikrofalówki.
Zjedzenie czegoś innego niż dwudniowa kanapka popita butelką mineralnej wody dobrze jej zrobiło, i już kwadrans później Bułgarka wyślizgnęła się ze swojego apartamentu z powrotem na przyciemniony nieco korytarz wielkiego budynku Akademii. Wciąż było widno i całkiem ciepło, uznała więc, że wieczorna przebieżka po pobliskim lasku dobrze jej zrobi. Inna sprawa że cały dzień spędziła na zewnątrz, wraz z uczniami korzystając z pięknej czerwcowej pogody i znajdujących się na dziedzińcu miejscach przeznaczonych na ćwiczenia. Tamto to było coś zupełnie innego - otaczał ją gwar rozmów i pokrzykiwań, nieudolne próby naśladowania jej ruchów i stylu walki. Zmęczyło ją to bardziej niż można by się było spodziewać i teraz najzwyczajniej w świecie potrzebowała pobyć chwilę sam na sam ze sobą.
Nie dane jej było jednak długo nacieszyć się pięknym uczuciem samotności i słodką ciszą, jaka przez parę chwil ją otaczała. Zaraz po wyjściu z budynku Akademii, tuż za rogiem, niemal odbiła się czołem od szerokiej, umięśnionej klatki piersiowej. Odskoczyła w samą porę, unikając zderzenia, i już miała zamiar wściec się i ofuknąć tego durnego ucznia, który szlajał się samotnie na zewnątrz i nie patrzył gdzie idzie, kiedy dotarło do niej, że wcale nie patrzy na ucznia. Raczej na aktualnego przywódcę wilkołaków.
- Och, wybacz - mruknęła. Była kobietą bardzo średniego wzrostu, co w podobnych chwilach wcale jej nie pomagało. Cofnęła się krok czy dwa, by nie musieć aż tak zadzierać głowy. - Cześć, Deucalionie. Mamy piękny wieczór, nie uważasz?


<Gadka o pogodzie zawsze dobra. Deucalion? ;D >

485 słów +130 monet

od Penki

To był wyjątkowo parszywy dzień - jeden z tych, w których szczerze żałuje się, że w ogóle wstało się rano, zjadło śniadanie i wyszło z domu, wypełniać swoje obowiązki. I Penka żałowała. Naprawdę, szczerze żałowała, bo gdyby ktoś raczył uprzedzić ją parę godzin wcześniej (a najlepiej poprzedniego wieczora, bez budzenia jej w samym środku nocy) że tak się sprawy potoczą, to najzwyczajniej w świecie zostałaby w łóżku, gnijąc ordynarnie pod kołdrą, oglądając filmiki ze śmiesznymi kotami i skrupulatnie ignorując dietę którą podobno powinna wprowadzić do swojego życia, bo jak tak dalej pójdzie to na starość będzie gruba i pomarszczona, a żaden facet nawet się za nią nie obejrzy.
Może poza Schrodingerem żebrzącym o kawałek kurczaka z wczorajszego obiadu, ale Bułgarka nie miała pewności, czy swojego łakomego kota może nazwać facetem.
Wszystko zaczęło się jeszcze przed pierwszymi zajęciami, na szkolnej stołówce. Kanapka z zeschłego, przedwczorajszego chleba i zwiędłej sałaty nie jest może czymś, co mogłoby straszyć ją po nocach, ale w połączeniu z wylanym na spodnie, wyjątkowo słodkim i lepiącym się sokiem wiśniowym skutecznie zepsuła Pence humor co najmniej na najbliższe parę godzin.
A potem było już tylko gorzej.
Gdzieś koło pierwszej po południu, w przerwie między zajęciami z podstawowej obrony z pierwszoklasistami a lekcją zaawansowanej ofensywy z najstarszym akademickim rocznikiem, kiedy zahaczając nieuważnie o gwóźdź na jednej z konstrukcji do ćwiczeń rozerwała sobie rękaw koszulki, Penka uznała, że ma tego dnia serdecznie dość. Swoje przemyślenia podkreśliła stekiem przekleństw i niewinnym, styropianowym opakowaniem po lunchu ciśniętym z wściekłością na ziemię.
- Niech to wszystko diabli wezmą, cholera jasna - zawarczała sama do siebie, klapnąwszy niezbyt dystyngowanie na porośniętą trawą ziemię. Plecami oparła się o tę samą drewnianą konstrukcję, z której wystawał felerny gwóźdź. Czerwcowe słońce przyjemnie grzało, i kobieta odchyliła głowę, przymykając oczy i napawając się piękną pogodą. Miała nadzieję że w jakiś magiczny sposób zdoła jej to pomóc na zszargane nerwy.
I rzeczywiście, gdy jakiś kwadrans później słońce przysłoniła jej czyjaś sylwetka, była już zdecydowanie mniej wściekła. Wciąż zdenerwowana i poirytowana, ale już w nieco lepszym humorze.
- Patrzcie państwo, czyżby to pan profesor Zápolya zaszczycił mnie swoją obecnością? - choć słońce świeciło jej w oczy i musiała przysłaniać je sobie dłonią, krzywiąc się przy tym odrobinę, to jednak wszędzie poznałaby ten ciemny kucyk i uśmieszek. - Co tam słychać w wielkim wampirzym świecie?


<Viraggg>


385 słów +85monet

środa, 8 czerwca 2016

Od Theo Cd. Lydii

 Skończyłem lekcje.Postanowiłem trochę powęszyć po terenie akademii.Nikogo na straży nie było, więc z łatwością mogłem się stąd wyślizgnąć.Jedynie zauważyła mnie jakaś nowa wampirzyca -Rosie. Spojrzała na mnie wrogo i odeszła oglądając (a raczej mierząc) mnie wzrokiem.Co ja jej zrobiłem?
     W końcu wszedłem do lasu.Jest tu dość mrocznie, a za razem pięknie. Nagle usłyszałem huk!Co to było?W pierwszej chwili pomyślałem, że mogli być to łowcy, lecz szybko zmieniłem zdanie. Kiedy się odwróciłem,zobaczyłem,że to zwykła sowa. Pogłaskałem ją i poszedłem dalej.
     Dotarłem do pięknego miejsca, tu mogłem czuć się swobodnie. Była to polana wiele kilometrów po za akademią, gdyby ktoś się dowiedział, pewnie by mnie wywalili...albo gorzej...
 Usiadłem tam.Trawa była tak wygodna,że o mało bym zasnął. W tej chwili nie myślałem o niczym. Leżałem, wsłuchując się w śpiew ptaków.
 Kiedy zacząłem znów racjonalnie myśleć zauważyłem, że robi sie ciemno. Z wielką prędkością powróciłem na tereny alademika i niezauważenie wślizgnąłem się do szatni. Gdy szedłem na stołówkę wpadłem na kogoś. Od razu szpony wbiły mi sie w zaciśnięte pięści
-Uwarzaj sobie!- ryknałem powstrzymując narastający gniew, gdy zauważyłem, że to Lydia od razu ją przeprosiłem i przytrzymałem aby nie upadła.
-Przepraszam..-powiedziałem z miną zbitego psa

<Lydia?>


192 słowa +60 monet

Od Lydii

Prawie już spałam, gdy drzwi do mojego pokoju otworzyły się powoli. Lata szkoleń nauczyły mnie zasypiać tylko w półsen, byłam czujna całą dobę. Gdy usłyszałam skrzypienie i ciche “cholera”, wiedziałam, że intruz nie jest doświadczony w zakradaniu się. Pamiętając wpajane nauki, przewróciłam się tylko na drugi bok i słuchałam. W pokoju było ciemno, jedyne światło wpadało przez uchylone drzwi. Po dźwięku jaki wydawała podłoga i po nieźle wkurzonym głosie, wiadome było, że to mężczyzna. Ciężkie kroki rozbrzmiewały coraz bliżej mnie, a gdy napastnik był wystarczająco blisko, biorąc głęboki oddech wyskoczyłam z łóżka uderzając go łokciem w twarz. Poczułam ciepłą krew plamiącą rękaw koszulki i odskoczyłam od nieznajomego. Odskakując, sprzedałam mu kopa z półobrotu i poprawiłam łokciem. Nie chciałam wyciągać jeszcze noży, jak na razie złodziej nie wykazał się, no, właściwie niczym się nie wykazał. Padł jak długi i szeroki na podłogę, jęcząc coś o tym, że twarz go boli. Oddalając się od potencjalnego zagrożenia, sięgnęłam za siebie i włączyłam, jedyne w tym pokoju, źródło światła.
Lampa rozjaśniła mały, nieuporządkowany pokój. Dopiero zauważyłam, że wszędzie walały się moje spodnie, majtki i koszulki. Jedynie biurko, miejsce, gdzie trzymałam swoje zabawki, było idealnie czyste i uporządkowane.
Teraz, gdy wszystko było już widać,było mi głupio. Właśnie skopałam mojego opiekuna, a przy tym swojego dobrego znajomego. Jedyny człowiek, który rozumie moją miłość do broni białej, jedyny, który rozumie każde moje zachowanie, a ja musiałam właśnie skopać mu tyłek. W ogóle to jak mi się to udało? Rzadko radziłam sobie tak dobrze z walką w ręcz. Chociaż, spoglądając na zegarek ujrzałam godzinę 4 nad ranem, a Walker raczej jest nocnym markiem, zawsze zasypia o 3, więc pewnie jest strasznie zmęczony. Damon odwrócił się na plecy jęcząc
- Borze szumiący, kobieto, co ty ze sobą masz? Człowiek stara się cię nie obudzić, a ty na niego z łokciem?
- Powinieneś się w końcu nauczyć, że mnie wszystko obudzi. Ciesz się, że padłeś jak kłoda na ziemię, inaczej skończyłbyś z Alfredem w piersi.
- Nazwałaś nóż Alfred, seems legit. I wcale nie jak kłoda, skoczyłaś na mnie z zaskoczenia, to nie była moja win..
- Taaak, tłumacz się dalej, że to było z zaskoczenia OPIEKUNKO
- Zamknij ryj. - Powiedział rozdrażniony. Za każdym razem, gdy próbuje mnie obudzić dostaje wpierdol, czy to ksiązką, czy to kapciem, czy to krzykiem lub poduszką. Po prostu czuję zagrożenie, mimo, że on nim nie jest. Chyba tylko wyczuwam istoty nadnaturalne.. będące zbyt blisko mnie.
- Dobra, ubieraj się, idziemy do szkoły. Prawdopodobnie przeniosę cię do akademiku..
Po tych słowach wyszedł z pokoju, ocierając nos z krwi i marudząc coś o kobietach i wiecznym okresie. Leniwie podeszłam do szafy poszukując czegoś wygodnego.
Po ubraniu się moim kolejnym celem była łazienka. Nałożyłam jak na mnie dość delikatny makijaż i szybkim krokiem wyszłam z mieszkania. Zaraz, zaraz... jest 5 nad ranem *facepalm*. Nienawidzę Cię Damonie Walkerze. NIENAWIDZĘ!
Chociaż tak szczerze na lepszego opiekuna nie mogłam trafić. Walker jest naprawdę wspaniałym "człowiekiem". Nigdy nie spotkałam osoby, która.. potrafi mnie tak dobrze zrozumieć. Zna moją taktykę, głupiutkiej i zarozumiałej dziewczyny i jako jeden z nielicznych zna prawdziwą Lydię Martin. Stojąc na chodniku przed kamienicą poczułam delikatne, zimne krople lecące wprost na moją głowę. Jeszcze mi tu ulewy brakuje.
Chciałam już wrócić się do mieszkania, ale wtedy podjechał na swoim motocyklu Damon.
- Chodź, podwiozę Cię Lydiełku - mruknął zapatrzony przed siebie
- Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a Alfred na pewno ucieszy się ze spotkania z Tobą - odpowiedziałam wsiadając na motocykl
- Jeszcze nigdy nie trafiłem na takiego zarozumiałego aniołka - prychnął
- Upadłego aniołka - uśmiechnęłam się smutno - I tak dobrze trafiłeś, są gorsi
- Nawet nie wiesz jaka wielka moc w Tobie drzemie.. - mruknął i ruszył
Przez całą drogę jechaliśmy w milczeniu. Więcej we mnie demona czy anioła? Nie mam zielonego pojęcia 
Dojechawszy do szkoły zeskoczyłam z motocyklu i od razu udałam się do środka. Damon ruszył za mną, ale skręcił w stronę sekretariatu. 
Otwierając drzwi do szatni wpadłam na kogoś 

<Theo? >



661 słów +130 monet

wtorek, 7 czerwca 2016

Witaj Przybyszu!

Być może trafiłeś tu przypadkiem, a być może zostałeś na tego bloga zaproszony... To bez różnicy. Skoro już tu jesteś to zachęcam Cię do obejrzenia wszystkich stron. Być może znajdzie się coś co Cię zainspiruje, a może nawet sprawi, że zechcesz dołączyć i sam decydować o losie swojej postaci.
~Pozdrawiamy
Administracja