To był wyjątkowo parszywy dzień - jeden z tych, w których szczerze żałuje się, że w ogóle wstało się rano, zjadło śniadanie i wyszło z domu, wypełniać swoje obowiązki. I Penka żałowała. Naprawdę, szczerze żałowała, bo gdyby ktoś raczył uprzedzić ją parę godzin wcześniej (a najlepiej poprzedniego wieczora, bez budzenia jej w samym środku nocy) że tak się sprawy potoczą, to najzwyczajniej w świecie zostałaby w łóżku, gnijąc ordynarnie pod kołdrą, oglądając filmiki ze śmiesznymi kotami i skrupulatnie ignorując dietę którą podobno powinna wprowadzić do swojego życia, bo jak tak dalej pójdzie to na starość będzie gruba i pomarszczona, a żaden facet nawet się za nią nie obejrzy.
Może poza Schrodingerem żebrzącym o kawałek kurczaka z wczorajszego obiadu, ale Bułgarka nie miała pewności, czy swojego łakomego kota może nazwać facetem.
Wszystko zaczęło się jeszcze przed pierwszymi zajęciami, na szkolnej stołówce. Kanapka z zeschłego, przedwczorajszego chleba i zwiędłej sałaty nie jest może czymś, co mogłoby straszyć ją po nocach, ale w połączeniu z wylanym na spodnie, wyjątkowo słodkim i lepiącym się sokiem wiśniowym skutecznie zepsuła Pence humor co najmniej na najbliższe parę godzin.
A potem było już tylko gorzej.
Gdzieś koło pierwszej po południu, w przerwie między zajęciami z podstawowej obrony z pierwszoklasistami a lekcją zaawansowanej ofensywy z najstarszym akademickim rocznikiem, kiedy zahaczając nieuważnie o gwóźdź na jednej z konstrukcji do ćwiczeń rozerwała sobie rękaw koszulki, Penka uznała, że ma tego dnia serdecznie dość. Swoje przemyślenia podkreśliła stekiem przekleństw i niewinnym, styropianowym opakowaniem po lunchu ciśniętym z wściekłością na ziemię.
- Niech to wszystko diabli wezmą, cholera jasna - zawarczała sama do siebie, klapnąwszy niezbyt dystyngowanie na porośniętą trawą ziemię. Plecami oparła się o tę samą drewnianą konstrukcję, z której wystawał felerny gwóźdź. Czerwcowe słońce przyjemnie grzało, i kobieta odchyliła głowę, przymykając oczy i napawając się piękną pogodą. Miała nadzieję że w jakiś magiczny sposób zdoła jej to pomóc na zszargane nerwy.
I rzeczywiście, gdy jakiś kwadrans później słońce przysłoniła jej czyjaś sylwetka, była już zdecydowanie mniej wściekła. Wciąż zdenerwowana i poirytowana, ale już w nieco lepszym humorze.
- Patrzcie państwo, czyżby to pan profesor Zápolya zaszczycił mnie swoją obecnością? - choć słońce świeciło jej w oczy i musiała przysłaniać je sobie dłonią, krzywiąc się przy tym odrobinę, to jednak wszędzie poznałaby ten ciemny kucyk i uśmieszek. - Co tam słychać w wielkim wampirzym świecie?
<Viraggg>
385 słów +85monet
Wszystko zaczęło się jeszcze przed pierwszymi zajęciami, na szkolnej stołówce. Kanapka z zeschłego, przedwczorajszego chleba i zwiędłej sałaty nie jest może czymś, co mogłoby straszyć ją po nocach, ale w połączeniu z wylanym na spodnie, wyjątkowo słodkim i lepiącym się sokiem wiśniowym skutecznie zepsuła Pence humor co najmniej na najbliższe parę godzin.
A potem było już tylko gorzej.
Gdzieś koło pierwszej po południu, w przerwie między zajęciami z podstawowej obrony z pierwszoklasistami a lekcją zaawansowanej ofensywy z najstarszym akademickim rocznikiem, kiedy zahaczając nieuważnie o gwóźdź na jednej z konstrukcji do ćwiczeń rozerwała sobie rękaw koszulki, Penka uznała, że ma tego dnia serdecznie dość. Swoje przemyślenia podkreśliła stekiem przekleństw i niewinnym, styropianowym opakowaniem po lunchu ciśniętym z wściekłością na ziemię.
- Niech to wszystko diabli wezmą, cholera jasna - zawarczała sama do siebie, klapnąwszy niezbyt dystyngowanie na porośniętą trawą ziemię. Plecami oparła się o tę samą drewnianą konstrukcję, z której wystawał felerny gwóźdź. Czerwcowe słońce przyjemnie grzało, i kobieta odchyliła głowę, przymykając oczy i napawając się piękną pogodą. Miała nadzieję że w jakiś magiczny sposób zdoła jej to pomóc na zszargane nerwy.
I rzeczywiście, gdy jakiś kwadrans później słońce przysłoniła jej czyjaś sylwetka, była już zdecydowanie mniej wściekła. Wciąż zdenerwowana i poirytowana, ale już w nieco lepszym humorze.
- Patrzcie państwo, czyżby to pan profesor Zápolya zaszczycił mnie swoją obecnością? - choć słońce świeciło jej w oczy i musiała przysłaniać je sobie dłonią, krzywiąc się przy tym odrobinę, to jednak wszędzie poznałaby ten ciemny kucyk i uśmieszek. - Co tam słychać w wielkim wampirzym świecie?
<Viraggg>
385 słów +85monet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz