Penka nie przepadała za wczesnym wstawaniem, w szczególności jeśli miała wstać wcześnie w weekend. Sobota do spółki z niedzielą i piątkowym popołudniem były jej bardzo prywatnym i bardzo dobrze chronionym czasem, w którym wreszcie mogła poświęcić trochę uwagi samej sobie, a nie drącej się i przewracającej z hukiem na ziemię zgrai uczniów z Akademii, których miała za zadanie nauczyć subtelnej sztuki ataków i uników.
- Uczyć tę bandę walczyć to jak próbować przekonać lwa do przejścia na wegetarianizm. Niemożliwe, luyno, po prostu niemożliwe - burczała pod nosem po jednej z wyjątkowo długich i jeszcze bardziej męczących sesji pozorowanej walki z jednym z młodszych roczników, próbując zamknąć biodrem drzwi do swojego apartamentu i jednocześnie nie przewrócić się na skutek przeważenia przez zarzuconą na ramię torbę z ciężkim sprzętem ćwiczeniowym. - Nie jestem cudotwórcą, nie nauczę tresowanych małp władać poprawnie bronią obusieczną!
Schrodinger wybiegł z sypialni i natychmiast zaczął łasić się do nóg swojej pani, głośnym miauczeniem dopominając się uwagi i jedzenia. Kobieta odsunęła go delikatnie butem, obiecując solennie, że zaraz dostanie swoją porcję kurczaka, po czym skopawszy ze stóp czarne adidasy ruszyła w stronę kuchni połączonej z salonem. Ciężka torba wylądowała z donośnym "pac" na podłodze obok kanapy, kot dostał swoje jedzenie i zalęgł się przy stojącej w rogu miseczce, a Penka wyciągnęła z lodówki resztkę wczorajszego spaghetti i przez następne dwie minuty obserwowała z uwagą, jak talerz z makaronem ubadzianym w sosie pomidorowym obraca się leniwie za przezroczystymi drzwiczkami mikrofalówki.
Zjedzenie czegoś innego niż dwudniowa kanapka popita butelką mineralnej wody dobrze jej zrobiło, i już kwadrans później Bułgarka wyślizgnęła się ze swojego apartamentu z powrotem na przyciemniony nieco korytarz wielkiego budynku Akademii. Wciąż było widno i całkiem ciepło, uznała więc, że wieczorna przebieżka po pobliskim lasku dobrze jej zrobi. Inna sprawa że cały dzień spędziła na zewnątrz, wraz z uczniami korzystając z pięknej czerwcowej pogody i znajdujących się na dziedzińcu miejscach przeznaczonych na ćwiczenia. Tamto to było coś zupełnie innego - otaczał ją gwar rozmów i pokrzykiwań, nieudolne próby naśladowania jej ruchów i stylu walki. Zmęczyło ją to bardziej niż można by się było spodziewać i teraz najzwyczajniej w świecie potrzebowała pobyć chwilę sam na sam ze sobą.
Nie dane jej było jednak długo nacieszyć się pięknym uczuciem samotności i słodką ciszą, jaka przez parę chwil ją otaczała. Zaraz po wyjściu z budynku Akademii, tuż za rogiem, niemal odbiła się czołem od szerokiej, umięśnionej klatki piersiowej. Odskoczyła w samą porę, unikając zderzenia, i już miała zamiar wściec się i ofuknąć tego durnego ucznia, który szlajał się samotnie na zewnątrz i nie patrzył gdzie idzie, kiedy dotarło do niej, że wcale nie patrzy na ucznia. Raczej na aktualnego przywódcę wilkołaków.
- Och, wybacz - mruknęła. Była kobietą bardzo średniego wzrostu, co w podobnych chwilach wcale jej nie pomagało. Cofnęła się krok czy dwa, by nie musieć aż tak zadzierać głowy. - Cześć, Deucalionie. Mamy piękny wieczór, nie uważasz?
<Gadka o pogodzie zawsze dobra. Deucalion? ;D >
485 słów +130 monet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz